O Jaśku, co ze złodzieja został dziedzicem cz.11
Wyszło cosik z pięciu lat, a jakisik podróżny przyszedł do tego biednego gospodarza, co to miał tych trzech synów, co wszyscy poszli w świat. Jak ten podróżny przyszedł, wlazł do izby, rzekł boskie słowo, kiej go przywitał bardzo stary już dziadek. Ten podróżny prosił o nocleg; ale mu ten dziadek pedział, że go nocować nie może, bo nie ma gdzie i słomy nie ma, a taki pan nie będzie spał byle kędy.
Jak ten podróżny widział, że go ten dziadek na nocleg nie przyjmie, tak mu się rzucił do nóg i zaczął go całować, i płakać, i gadał:
— Toście mie, tatusiu, nie poznali? Przecie ja to, wasz najstarszy syn!
Ten gospodarz ucieszył się bardzo, że jego syn takim wielkim panem ostał i pytał się go, czym jest i jak mu się powodziło we świecie. Ten syn wszystko mu opedział i pytał się o swoich braci. Ale ojciec pedział mu, że jak o nim, tak o żadnym synie nic nie wie, kej się obracają. Za kilka dni odjechał ten najstarszy syn, bo tam we świecie miał kuźnię i bardzo dużo zarabiał. Ojcu ostawił pieniędzy huk, żeby miał za co żyć do śmierci.
Za parę tygodni przyjechał średni syn i tak samo jak podróżny, ale go ojciec nie poznał, aż mu syn sam wszystko opedział. I pytał się o tamtych braci, ale ojciec pedział mu, że o najmłodszym nic a nic nie wie, ino starszy był niedawno. Ojciec cieszył się bardzo, że dwóch synów już widział takimi panami, co ich poznać nie mógł i tacy bogaci, ale trapił się, co też słychać z najmłodszym, co go najbardziej lubiał. Ten średni syn też odjechał niedługo i ostawił ojcu dużo pieniędzy.
